Wspomnienia i Inne Ciekawostki

Udolimy - Pierwsza Potyczka z Niemcami w Tatrach (B. Mirecki)

Wspomnienia Wojenne (Klemens Macugajlo)

Wzruszajace Chwile (Romuald Nalecz-Tyminski)


Memoirs (in English) - Wspomnienia (po Angielsku)




Udolimy - Pierwsza Potyczka z Niemcami w Tatrach - B. Mirecki


Kol. Bogumil Mirecki nadeslal to opowiadanie o akcji z dnia 1 wrzesnia 1939 r. w dwoch wersjach - napisane gwara goralska oraz tlumaczone "na polski".

Wersja goralska wydala mi sie bardziej oryginalna, niecodzienna i dlatego zdecydowalem sie te wlasnie zamiescic. - Kol. M. Szczecinski, Redaktor, Kwartalnik "SPK w Kanadzie"


Wartko sie noc w Tatrach dniowi usuwala. Budzily sie koscieliskie lasy i na starom nute wroz z potokami sumiec zacynaly. Poniekiedy juz i ptoskow ciurkanie slychac bylo, a z daleka od polany Kosorzyska slo bekanie owiecek i dzwonkow zberkanie. Widno, juz sie kierdel ruchac zacon. Mgly nad Siwom wodom co po skolach perkolila, wzieny sie juz przerzodzac i niknac. Widzialo sie ze piykny dzien idzie.

We wten to swit, piyrsego wrzesnia trzydziestego i dziewiontego roku Panskiego kolo mostu przy Dziadonce na drodze co od Zokopanego w Chocholow wiedzie, po obidwu jej stronak w rowak, a i w krzokach, przycuplo se z piyncitrzydziestu zokopianskich chlopcow - sytka w wojenskim obleceniu i z karabinami. Jeden ino chodzil medytujency srodkiem drogi, tam i nazod, i co sie kumostowi przyblizol, to kwilecke przystawol i nasluchiwol ku Chocholoskiej. Byl to ik przywodca, porucznik, tyn co na Zywcanskim siedzol.

Po kwili chodzynia dosel ku chlopcom i obezwol sie do nik:

- Chlopcy! - jak sie ta ftory z wos zdrzymnon, to niek ze sie teroz obudzi i slucho. - Sciongnonek wos tu z wiyrchow, ka my przodzi pore nocy patrolowali, bo tu sie momy przycaic na miemcow, o ftoryk sie nase przespiegi zwiedzialy, ze idom ku nom z Orawic, bo wojna sie juz tej nocy zacyna. - Chlopcy! - Sytka my som jest z zokopianskiego rodu i zbojnickom slawe momy i to wom ino powiym, ze kieby nom sie przyslo zewrzec tu z miemieckimi odmiyncami, to nom tyj slawy zbabrac nie wolno, ino przycynic! - Kie tyn nasom kompanijom sykowali, wybiyrali do niyj co nolepsyk chlopcow i miano nom przydali, ze my jest Zokopiansko Obrona Narodowo, i to wom chlopcy powiem, ze jako by na nos nie przyslo, to my tego Norodu Podhalanskiego na moj-dusiu oslonimy i tynperc, co tendyj bez nase gory dolu Polski wiedzie zastawic udolimy.

Kie to ospedziol, przycichnon a i miyndzy chlopcami cichosc byla, ze ino te ptoski co po lesie ciurkaly slychno bylo, a i tyn wode co po skolachdolu perkolila.

Z pociorek pewnie casu usel kie co ponieftory z chlopcow, z mocom po innyk sie obzierajen - cy, przykwolil: - Kie przydom, to ik tu wyonacymy! - I sila tako od nik sla, ze sie razniej widzialo.

Wzion im zas porucnik instrukcje dawac: - Ty Kuba za wode sie chybnij, ka droga ku Suchyj Horze odbijo, na ftorego wyszego smreka wyskoc i poziyroj ku granica, - slonko zaroz zendzie to i mglisko ustompi - bedzies dalyj widziol. Kieby wysli to sie im dobrze przyjzryj i tu mi przydz pedziec, kielo ik i jako idom. Tote dwa masingwery ostanom tu ka stojom teroz, ino ik cetynom od przodku lepiej uprzyslaniojcie, coby ik z mostu widno nie bylo. Ty. Jendrus na mnie pozieroj i wtezacnies strzylac kie jo ci renkom migne. Wy zas chlopcy boccie se coby sie ktory piyrsy nie wyrwol i nie zrepetowol, pokiel masingwery nie zacnom. Patronow po proznicy nie psuc, tak strzylojcie jakobyscie do kozice kozdym mierzol, - wypolis a nie trafis, towiyncyj nie zmierzys bo ucieknie. Kieby sie przypodkiem, ktoremu co nie poscenscilo, to za zakrentem tu zaroz stoi moj motorcykiel z przycepkom, to niekze sie ku niemu dodzwignie, a Wawrzus go ku spytolowi powiezie. - A teroz co ta ftory mo, to niekze se uspoprawio i usykuje, coby potem zgielku nie robil. - z Bogiem bedziemy cekac.

Kwila casu usla godno i slonko chycilo sie juz przyswiecac, kie zza mostu pokozol sie Kuba, tyn co przodzi wypatrowac posel, chylkiem chusciokami leconcy i z daleka juz karabinem wymachiwol, z copkom na lefie nadzianom, - widno przepisowy zolnierz byl i wojenskie zwyczaje znol. Przypod ku porucnikowi i zziajany krzyknon: - widziolek ik! Idom! - W przodku jedzie wielgi corny samochod, a za nim, calo kupa miemcow na bicyklak, pewnike z piyndziesieci ik bedzie, abo i wiencyj a grapom wysej polany jadom na koniak; totyk tok ale ino poru widziol.

Porucnik co bez caly tyn cas z grani bez skla patrzol, obezwol sie: Widzem ik juz i jo! - a zas po kwilce, - Jedrus! sioferowi kufe widno, widzi sie mo okiennice ozwartom, jak sie ku nom wiencej przyblizy miyrzoj ze mu w tyn kufe, a ty Wacus po zadku sie przejedz a pote w tyk cyklistow godnom serie puscis.

Przypar sie Jendrus mocniej ku masingwerowi, ocy przymruzyl, zacion zemby i jastrzebiowi podobny co na zajonca na galenzi zasiod, porucnikowego znaku ceko.

Ze dwiesta metrow do mostu byl juz miemiecki samochod, kie porucnik wydol rozkoz: Pozior! Ognia!

Gruchnyny dwa masingwery, a inni chlopcy nie cekali i tyz wyreptowali.

Hej, Boze! Kieby w ozdzierajoncom sie ziemie sytkie pierony wroz wycieny, telego by rabantu nie bylo.

I posel huk po holach, spion sie graniami ku wierchom, ka sie odbil mocniyjsy - i echem wrocil w doliny, wiesc niesency od Tater, ze zokopianscy chlopcy na pyrciach pilnujom.

Praslo miemieckim samochodem w przykope, ze mu ino kola na widoku ostaly, a miyndzy cyklistami tak sie skotlilo, jako w osim gniezdzie, kie wen kijem sturknies.

Chlopcy patronow nie popsuli!

Ostalo poru miemcow na drodze lezoncyk, a resta w bok ku lasowi uskocyla, ka sie jak lisy w ocymgniyniu sowali. Po malyj kwilecce ucichlo sytko, bo juz i zokopionscy nie mieli w co repetowac.

Smiol sie potem Jendrus do porucnika, kie lezoncyk na drodze miemcow pokazowol - i tak pedziol: - Ze nie sytkim turystom jednako zokopianskie powietrze sluzy.

Przypisy
1. Udolimy - damy rade
2.Na moj - dusiu - goralskie porzekadlo
Perc - sciezka w Tatrach
ciurkaly - cwierkaly
perkolit - bulgotal
wyonacymy - damy w skore


Wspomnienia Wojenne - Klemens Macugajlo

1 Marca 1943 r., Klemens Macugajlo stoi po prawej stronie.

Urodzilem sie na Suwalszczyznie w 1920 roku. Uczylem sie stolarstwa i ciesielstwa. W 1940 roku bylem wywiezony na Syberje, gdzie pracowalem przy budowie koleji w rejonie Workuty az do AMNESTJI. W ostatnich dniach wrzesnia zostalem zwolniony z lagru. Przy zwolnieniu wyplacono nam 300 rubli, wydano prowiant na 6 dni i dokument wyjazdu do Buzuluku. Gdy dojechalismy do Buzuluku okazalo sie, ze nie bylo miejsca i odeslano nasz transport do Guzaru. Tam wstapilem do wojska, 19-go pulku piechoty. W marcu 1942 roku wyjechalismy do Persji. Po krotkim pobycie w Teheranie wyjechalismy do Palestyny gdzie przybylismy 15-go maja.

Nasz pulk zostal rozwiazany a ja zostalem przydzielony do 3 Dywizji Strzelcow Karpackich do pierwszej brygady pierwszego bataljonu. W tej jednostce przeszedlem cala kampanie Wloska az do zakonczenie wojny.

Bylo to pod Monte Cassino, dnia 8 maja 1944 roku. W godzinach popoludniowych pelnilem sluzbe na stanowisku obserwacyjnym. Stanowisko to bylo pod obserwacja nieprzyjaciela. Kazdy ruch byl niemozliwy bo od razu sciagal ogien mozdzierzy. Gdy tak lezalem wpatrzony w stanowiska niemieckie, raptem slysze szmery w krzakach. Obserwujac wiec, kto tam moze byc i ku mojemu zdziwieniu ukazuje sie dowodca pierwszej brygady z laska w reku pan pulkownik Walenty Peszek. Wogule sie nie kryje tak jak na cwiczeniach, wiec ja mowie, - Panie pulkowniku prosze nie zdradzac stanowiska bo jestesmy pod obserwacja NPLA.

Pan pulkownik na to - co boicie sie synu.

Wiec odpowiadam, ze nie boje sie tylko obawiam sie o niebezpieczenstwo pana pulkownika bo jestesmy pod obserwacja NPLA. Nie minelo 30 sekund a juz mozdzierze strzelaja i pada kilka pociskow niedaleko stanowiska. Pan pulkownik wpada do stanowiska i mowi - macie racje synu, widza nas.

Wzial moja lornetke i zaczl obserwowac przedpole, a wskazywalem punkta oporu, ktore wykrylismy.

Pan pulkownik Peszek byl dobrym i lubianym dowodca. Dbal o zolnierza i sam chcial na ocznie zorjetowac sie w sytuacji i morale zolnierza.

Jako dowodca brygady nie powinien narazac sie, lecz nie umial siedziec w schronie, bylo to jego problemem.

W czasie pierwszego natarcia zostal ranny i juz do brygady nie wrocil, a szkoda.

W dniu 12 maja w godzinach porannych w czsie natarcia zostalem ranny pociskiem, jak rowniez czesc mojej druzyny. Po otrzymaniu pierwszej pomocy zostalem ewakuowany do batalionego punktu opatrunkowego.

Na POB zalozono mi nowe opatrunki i odeslano sztafeta noszowych do brygady. W czasie przenoszenie zaskoczyla nas nawala ognia mozdzierzy, wiec noszowi zostawili mnie na noszach a sami schronili sie pod skala. Ja lezac na tych noszach, poszac ich azeby mnie takze podstawili pod skale, wiec wreszcie sie zlitowali i tak to uratowalo mi zycie. Gdy nawala ognia przeszla poniesiono mnie dalej.

Z wielkim trudem dotarlismy do brygady gdzie znowu nastapila zmiana opatrunku. Nastepny etap mojej ewakuacji juz sanitarka do dywizji a stantad do szpitala w Campobaso. W szpitalu nastapila segregacja rannych. Ciezko ranni zostali w Campobaso a co, ktorzy nadawali sie do transportu zaladowano ich do pociagu sanitarnego. Ja po dlugiej podrozy wyladowalem w Neapolu w Kanadyjskim szpitalu gdzie bylem przez 5 dni, a po 5 dniach zostalem odeslany do pierwszego Polskiego szpitala w Cassamassima.

W szpitalu bylem przez 6 tygodni. Po wypisaniu ze szpitala wrocilem do oddzialu. Bataljon znajdowal sie w Ossimo. Bralem udzial w natarciu na Ankone.

Chce nadmienic bedac w szpitalu w Neapolu dowiadujac sie, ze natarcie nie przynioslo spodziewanych rezultatow. Bylismy pewni zwyciestwa, bylem bardzo rozczarowany niepowodzeniem.

Do Kanady przyjechalem z Anglii w Czerwcu w 1947 roku. Wyladowalismy w Halifaxie a nastepnie koleja przyjechalismy do Kingston, Ontario do obozu prejsciowego. Z obozu zostalem skierowany do London, Ontario.

Po przybyciu do London zaprowadzono nas do biura zatrudnienie (employment office), gdzie farmerzy juz czekali na nas.

Jedem z farmerow (rolnikow) podchodzi do kolegi i zaczyna go sprawdzac czy ma dobre muskuly i w ten sposob wybral sobie robotnika. Postepowanie tego farmera zrobilo na nas przykre wrazenia. Wiec w ten sposob przyjeto bylych aliantow, bylismy jeszcze w mundurach z odznaczeniami. Ja osobiscie dostalem sie do farmera, ktory byl dobrym czlowiekiem, traktowal mnie po ludzku.

Przyjechalismy do Kanady pod warunkiem ze bedziemy pracowali na farmie przez dwa lata. Minimalna zaplata byla 45 dolarow na miesiac wraz z utrzymaniem. Pracy bylo bardzo duzo, wiec pracowalem od godziny 6-tej rano do 9-tej wieczor. Najgorsze to bylo dojenie krow, nigdy tego nie robilem. Wieczorem farmer mowi do mnie, ze jedziemy doic krowy, a ja mu odpowiadam, ze nie mam zadnego pojecia jak sie to robi, to on bierze moj palec i pokazuje. Siadam na stolku i zaczynam dojenie. Pomimo lekcji, ktora otrzymalem nie bylo to takie latwe. Siedze, staram sie doic ale jakos mleko nie idzie ciurkiem jak farmerowi. Krowa zaczyna sie niecierpliwic i ogonem mnie przynagla do roboty. Farmer widzi, ze z tym dojeniem jakos mnie nie idzie, wiec postanowil zainstalowac maszyne do dojenia, no i tu role sie zmienily, a ja juz bylem specem.

Po 2 miesiacach dostalem podwyzke o 15 dolarow na miesiac i tak pracowalem dwa lata na tej farmie.

Po skonczeniu kontraktu przenioslem sie do London. Rozpoczyem prace w swoim zawodzie. Do SPK wstapilem w 1947 roku do Kola Nr. 2. W roku 1951 poslubilem moja malzonke Karoline z domu Rudnicka i tak rozpoczelismy nasze zycie w nowej ojczyznie, Kanadzie.

Prace w SPK rozpoczalem w 1957 roku wraz z malzonka, ktora pracowala w sekcji pan przy kole.

W czasie mojej prezesury zostal wybudowany Dom Kombatanta. Takze za mojej kadencji prezesowskiej zostal zalozony Pundusz Samopomocy Kolezenskiej oraz Pomnik Kombatanta. Bralem czynny udzial w pracy Zarzadu Glownego SPK w Kanadzie, gdzie przez ostatnie 10 lat pelnilem funkcje V-ce Prezesa ZG SPK na poludniowe Ontario.


Wzruszajace Chwile - Romuald Nalecz-Tyminski

Romuald Nalecz-Tyminski

ORP Slazak - niszczyciel klasy "Hunt" - ktorego bylem dowodca, mial przedzial do floty Morza Srodziemnego od 25 maja 1943 do 11 kwietnia 1944 roku. W miedzyczasie przybyl na Morze Srodziemne rowniez ORP Krakowiak pod dpwodztwem kpt. Mar. Wszechwlada Maracewicza.

Musze tu wspomniec, ze w zaraniu naszej wspolpracy z Royal Navy, tj. od dnia 3 wrzesnia 1939 r. (w ktorym W. Brytania wypowiedziala wojne Niemcom), Brytyjczycy zachowywali w stosunku do nas postawe przyjaznej ostroznosci. Po prostu, nie wiedzieli czego moga oczekiwac od prawie nieznanej im polskiej Marynarki Wojennej.

Wypadki jednak toczyly sie szybko. Dodatkowo do niezliczonych partoli bojowych i sluzby kolwojowej, przyszly Narwik i Dunkierka. Okazalo sie, ze okrety nasze nie pozostawaly w tyle za okretami Royal Navy, zarowno pod wzglendem praktyki morskiej jak i wyszkolenia bojowego. Brytyjczycy zaczeli nabierac do nas coraz wiecej zaufania.

Kiedy po upadku Francji, Wielka Brytania stanela w obliczu inwazji niemieckiej, majac duze braki nie tylko w uzbrojeniu, ale i w wyszkolnym personelu, admiralicja brytyjska wypozyczyla z polskiej Marynarki Wojennej dwoch dowodcow do objecia pofrancuskich patrolowcow, obsadzonych przez brytyjskie, notabene w duzej czesci, prawie niewyszkolone zalogi.

Komandor por. Roman Stankiewicz, dowodzacy patrolowcem "Medoc", zginal 26 listopada 1940 r. z wieksza czescia zalogi od torpedy lotniczej. Ja, w stopniu kapitana mar., dowodzac patrolowcem "Pomerol", przetrwalem ten ciezki okres do czasu az niebezpieczenstwo inwazji ustalo. Do polskiej Marynarki Wojennej powrocilem w polowie stycznia 1941 r. - pozostawiajac po sobie jak sadze, niezla opinie. Zostalem ponownie zaokretowany na poprzednio pelnione stanowisko zastepcy dowodcy ORP Blyskawica, a 30 kwietnia 1942 r. objalem dowodztwo nowo wybudowanego niszczyciela, ktory otrzymal nazwe ORP Slazak.

Wkrotce po przybyciu ORP Slazak do naszej macierzystej bazy w Devonport, dowodca obszaru morskiego Plymouth, Admiral Flory C.M. Forbes, sygnalem z dnia 25 sierpnia 1942 r. adresowanym do dowodcy i poszczegolnych okretow 15 Flotylli niszczycieli, podajac: "...now, that commander Tyminski has joined the command in the ORP Slazak, he is to assume command over British Commanding Officers, according to his rank and seniority."

Kiedy przybylem na ORP Slazak na Morze Srodziemne, moje nazwisko zostalo umieszczone na liscie Starszenstwa Floty tedo obszaru morskiego, zgodnie z moim stopniem i starszenstwem. A wiec w dalszym ciagu dowodzilem zespolami mieszanymi, zlozonymi z okretow amerikanskich, brytyjskich, greckich i oczywiscie polskich.

Rankiem 21 grudnia 1943 r. jako dowodca eskorty zlozonej z OORP Slazak i Krakowiak, oraz HMSS Atherstone i Cleveland, wprowadzilem do Taranto 8 statkow transportujacych wojsko i zaopatrzenie z Bliskiego Wschodu do Wloch. Mijajac zakotwiczone na redzie statki z wojskiem, zaobserwowalismy na nich jakies niezwykle poruszenie i tloczenie sie zotnierzy wzdluz burt, od strony naszych okretow. Za chwile, rozlegly sie z tych statkow okrzyki po polsku, najpierw pojedyncze, potem grupowe i w koncu z tysiaca gardel huknely potezne wiwaty na czesc polskich niszczycieli. Byla to diwizia generala Ducha, ktora wyrazila swa radosc na widok polskich baner.

Nastepnego dnia po poludniu ORP Slazak wraz ze swoya grupa, objal eskorte konwoju zlozonego z szesciu statkow, udajacych sie do Wielkiej Brytanii. Naszym zadaniem bylo doprowadzenie konwoju do dlugosci geograficznej Algieru i przekazanie tam jego eskorte innemu zespolowi niszczycieli.

Po spedzeniu popoludnia dnia 23 grudnia w Auguscie na Sycylii, 24 wyruszylismy z naszym konwojem, powiekszonym o kilka statkow w dalsza droge. Dowiedzielismy sie przy tym, ze na statku Komodora HMT Highland Princess, wsrod pasazerow znajdowali sie polscy oficerowie i Junacy. Wieczorem, wolna od sluzby czesc zlogi razem ze swoimi oficerami oddzialowymi, zebrala sie w pomieszczeniach przy stolach, na wieczerze wigilijna.Przez rozglosnie okretowa zlozylem calej zalpdze - lacznie z bedacymi na wartach - zyczenia swiateczne. Rownoczesnie przeslalismy aldisem (latarnnia do sygnalizacji swietlnej Morsem), na statek Komodora, zyczenia dla polskich zolnierzy. Po pewnym czasie ta sama droga otrzymalismy uprzejma odpowiedz.

Nastepnego dnia rano, znowu zamrugal aldis ze statku Komodora. Sygnal w jezyku angielskim, podpisany przez "Madame de Romer", wyrazal zachwyt na widok polskich okretow w eskorcie konwoju i dume, ze dowodca eskorty byl polski dowodca. Nie wiedzielismy o tym, ze Pani Romer, zona owczesnego Rzadu Polskiego w Londynie, byla pasazerem na "Highland Princess".

Napisalem do Pani Romer krotki list z zyczeniami i wyrazami uszanowania i razem z kilkoma egzemplarzami periodyku okretowego wychodzacego pod tytulem "Pomyslnych wiatrow", zapakowalismy do metalowej, hermetycznie zamykanej puszki. Nastepnie podszedlszy do statku komodora, przy pomocy rzutki z metalowym ciezarkiem wystrzelonym z karabinka (przy uzyciu specjalnego ladunku). Przeslalismy puszke na statek.

26 grudnia wieczorem, zyczac konwojowi a przede wszystkim zaokretowanym na nim Polakom szczesliwej podrozy, przekazalismy eskorte grupie niszczycieli Royal Navy i razem z nasza grupa weszlismy do Algieru.

ORP Slazak

Powrot do Strony Glownej